Z reguły sceptycznie podchodzę do filmów, które są reklamowane długo przed ich oficjalnym pokazem (dziś widziałem go na seansie przedpremierowym). Nie lubię takich kobiet jak FRANCES HA: niezorganizowanych, żyjących złudzeniami, nieprzywiązujących wagi do codziennego życia, żyjących chwilą. Pewnie dlatego oglądając historię opowiadaną przez Noaha Baumbach'a, trzymałem kciuki za bohaterkę, aby wreszcie odnalazła siebie (bo na tym polegał jej problem) i zrozumiała, co naprawdę jest w życiu ważne oprócz marzeń, które spełniają się w najmniej oczekiwany sposób i... zniknęła z ekranu. Gdy to się właśnie stawało i Frances próbowała włożyć kartkę ze swoim nazwiskiem w okienko skrzynki pocztowej swojego nowego mieszkania, zupełnie szczerze uśmiechnąłem się. Bo to fajnie, że tacy ludzie, pełni pasji, ale trochę odrealnieni, dodający naszemu życiu kolorów, zaczynają zgadzać się z samymi sobą i dostosowują swoje marzenia do realnych możliwości. Oby wszystkim dwudziestoparolatkom tak się wiodło w życiu. Reżyser wybrnął z plątaniny potknięć chyba przede wszystkim obsadzając w roli głównej - fantastycznie oddającą swoją bohaterkę - Gretę Gerwig.
Enjoy islandzkiej wokalistki Björk jako dodatek do wpisu.